Młody, wykształcony z dużego miasta - czyli ryzyko wolności

Wpisy

  • niedziela, 06 listopada 2011
    • Osobliwe przypadki Simona - czyli niezamierzona podróż w czasie.

      Ja wiem, że nie uwierzycie. Sam bym nie uwierzył, gdybym na własne oczy tego nie widział.

      Budzę się w niedzielę rano – żona z dziećmi u kochanej teściowej, więc ani wstawać mi się za bardzo nie chce, ani mus jaki. Ale suszy, jak to po zeszłowieczornej partii szachów. Wody z kranów w Toruniu nie da się pić – nie to, że niesmaczna, dałoby się przeboleć – ale drugi zgon w ciągu jednej doby, to jednak nawet na mnie za dużo.

      Więc zwlekam zezwłok w jednoznacznym i twardym postanowieniu znalezienia czegoś do picia, choćby było tak przeterminowane, jak napoje i kanapki w tornistrze nieobecnego Simona juniora, lat osiem.

      I w tym pełzaniu przeszkoda: dzwonek do drzwi. O, jakże boleśnie budzi nas do życia rzeczywistość! W niedzielę? O tej porze? O dziesiątej, bladym świtem?!

      W rozkosznym postanowieniu zignorowania tego zjawiska pełzam dalej, ale oto niczym młot w potylicę (tak, tak, nie to, że dzwonił jak oszalały – to też było bolesne) – miała być paczka z zaworem do mojego bolidu, rocznik 1997, tylko 17 sec. do setki.

      Zatem zmieniam niechętnie kierunek, przygładzam to, co sterczy mi na łbie w charakterze fryzury i otwieram.

      A tam nieszczęśnik podobny do mnie, choć może nawet bardziej zgnębiony – ja jednak trochę kimnąłem – a ten ni dudu, intensywnie próbuje skorelować gałki oczne, by patrzyły w jednym kierunku i do mnie:

      „Szsie… Pier… szszanowny pan kupi… hik!”

      I pcha mi pod oczy jakieś takie metalowe, z różowym pierścieniem w środku, zegar nie zegar, jakieś takie, chromowane ładnie. No to ja, naturalną rzeczy koleją, za drzwi i jebut, żeby zamknąć  - ale zdążył buta wsunąć, skubany – i tak był znieczulony, że się nawet nie skrzywił. Zachwiał się, złapał pion – i ostatnim bohaterskim zrywem walki o klinowe winko nagle zaśpiewał piękną polszczyzną:

      - Witam serdecznie, będę mówił szybko, póki mogę – ten oto pszszszepiękny przedmiot, to nowy wynalazek naszego instytutu, on cóś liczy albo cóś, i tak dalej i tak dalej, a na skupie zważy jakieś półtora kila. Weź Pan to ustrojstwo za piątaka, bo bulgulgul.

      Patrzę na nieszczęśnika i widzę, że stanowczo żywot dopiekł mu bardziej, niż mnie - a to jest swego rodzaju sztuka. Zatem niewiele się namyślając, supłam pięć zeta, uwznioślony tym, żem przepojony człowieczeństwem i mówię:

      - Też lubię zielony.

      Zatrzaskując drzwi myślę jeszcze: do cholery, co to miało być, jaki zielony? – ale patrzę pod nogi – taki ci był honorny, że mi to metalowe ustrojstwo wrzucił za próg. Otworzyć drzwi po raz drugi nie miałem siły – więc wziąłem to w rękę i z lekka się potykając, zalazłem do kuchni.

      A tam – niespodzianka! Kochane chłopaki, któryś napoczętą colę zostawił – fakt, że w niej dwa niedopałki pływały – ale uwierzcie mi, nie była to w tym momencie zasadnicza przeszkoda.

      Gdy żem się już zawlókł z powrotem na fotel, okrył czyjąś pozostawioną kurtką i przymknął oczy w twardym postanowieniu przespania następnych trzystu lat – coś mnie tknęło. A tak – trzymałem ten przedmiocik w łapie nadal. Dziwne, zdarzało mi się przysnąć na moment – a potem okazywało się, że minęły dwie godziny – ale nie żebym nagle z miękkiego fotela znalazł się na gołym betonie, a własne ściany zmieniły się w rumowisko zachlapane bejcowym napisem: „do wybużenia”.

      Nie, żebym się od razu przestraszył – sen, to sen – ale niesmak jakiś taki był, że nawet we śnie mi budowlańcy ortografy robią. Tylko, że w dupę mnie zimno ciągnęło jakoś tak niepokojąco realnie, że nawet i szczypać się nie musiałem.

      A na wprost wisiał sobie na ścianie lekko zwichrowany kalendarz z wielką datą przez środek: 2026.

      „Uuuuu”  - mylę ja sobie – „Niedobrze. Czemu w dupę zimno? Taki absurdalny sen nie ma prawa, żeby w dupę zimno robił”.

      Ale robił skubany, jeszcze jak.

      I wtedy coś mnie tknęło. Patrzę we własną łapę – a tam to cholerne ustrojstwo od tego opoja zza drzwi, że też się ludzie nie oduczą pić, k..  porządni potem cierpią – i pulsuje to cholerstwo mi w łapie, a pod czaszką coraz bardziej paniczna galopada myśli.

      Tak sobie wstałem na próbę. A co będę siedział?

      Nawet nieźle było, troszkę jednak pospać musiałem. Ale jednak ten kalendarz i te odrapane ściany nieco za bardzo realne były, jak na sen.

      Nie to, żebym był, jak te półmózgi z filmowych opowieści – że to jaki wkręt, od razu odrzuciłem – za duża skala, a że to przeniesienie się w czasie – od razu wpadłem, mnie nikt gaży aktorskiej za przetrwanie nie płaci.

      I myślę ostro, jak to na przebrzmiałym kacu: nie ma podróży w czasie. Ziemia pędzi wraz z Galaktyką – byłbym teraz ze swym niebyłym fotelem w zimnym kosmosie.

      Ale nijak nie odczarowałem rzeczywistości: kalendarz nadal przekrzywiony i ślepi się, jak się ślepił.

      Wyjść na zewnątrz? Nie wyjść? Kiedyś i tak trzeba będzie. Może nie myśleć za dużo i brać byka za rogi?

      Twardym trzeba być, nie miętkim, co postanowiwszy, wziąłem głęboki oddech i wyszedłem na zewnątrz, schyliwszy się nieco, by mnie jaki napowietrzy pojazd nie potrącił.

      Tia… Napowietrzny. Tia, pojazd. Jakieś stare volvo stało, a naokoło płot drewniany, a nie z żadnych nanorurek.

      „No, niech ja dorwę tego dowcipnisia!” – pomyślałem.

      Dawaj za ten drewniany płot. Stoję na środku, jak ta dupa od słupa, a po prawej małe takie, jak kiosk. I chyba kiosk rzeczywiście – tylko gazety w witrynie takie cyfrowe się świecą, nie z papieru: a na środku to co zwykle – tylna strona „Faktu” i goła baba.

      Podchodzę więc do tego ustrojstwa, bom już na to wpadł, że najpierw poczytam z powrotem za płotem, co jest grane, a potem zastanowię się, co dalej. Wszak muszą istnieć jakieś inne gazety poza „Faktem”, nawet za piętnaście lat!

      Podchodzę więc do takiej szczeliny i mówię… A właściwie to chciałem powiedzieć” „Wyborczą proszę”. Ale co, jak Wyborczej już nie ma? Idiotę z siebie zrobię.

      Zatem, w przebłysku geniuszu pojawiającego się czasem jako uboczny efekt rozkładu kwasu octowego  mówię: „Gazetkę poproszę”.

      A to blaszane ustrojstwo do mnie: „Proszę przyłożyć czytnik”. I nie, żeby jakimś tam niemiłym głosem, Jopek chyba nagrali – tak się ten kiosk milutko łasił. „Ki czytnik?” – myślę. Pewnie o forsę chodzi. Lecz  tak patrzę, że wisi ten ichni Fakt cyfrowy, niczym hologram, pod taką małą deszczułką z przyciskami. To ja cabas za niego.

      Nie powiem, nieźle mnie pieprznęło. Jakem oprzytomniał, na tym kiosku pulsowało niebieskie światełko, a mnie lekko bolało prawe ramę i dymiły się smętnie sznurówki w moich sportowych butach marki Reabock, piętnaście zeta w tanim Armanim. Podróż w czasie podróżą w czasie, ale niebieskie światełka nie zmieniają znaczenia aż tak szybko – trza spadać.

      No i polazłem z powrotem za płot i wziąłem tą deszczułkę i zacząłem naciskać na niej wyświetlone przyciski.

      I nie uwierzycie, ale czytam:

       

      „… te nieprzerwane rządy salonu. Michnikowszczyzna zawsze miała i będzie miała zbyt dużo do stracenia. Układ, jaki zawarła z postkomunistami, by zawłaszczyć to państwo bezwolnego w swej głupocie społeczeństwa – musiał się zwrócić – i nadal się zwraca.

      Nie czas teraz i miejsce płakać nad rozlanym mlekiem. Te wybory pokazały po raz kolejny jakże dobitnie i znacząco, że mózgi polactwa zostały przeorane przez Eurokołchoz w sposób nieodwracalny.

      Czy musiało tak być? Przecież nie musiało. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych silne były w tym kraju ruchy na wskroś patriotyczne. Walczące z pupilami byłego reżimu i agentami SB: Wałęsą takim na przykład. Jeszcze znalazło się dość patriotów, by walczyć o wolną Polskę.

      Ale wrogie knowania reżimu, wsparte na knowaniach ościennych zaborców, zrobiły swoje.

      Jarosław Kaczyński podnosił ten kraj z moralnego upadku na miarę swych strategicznych sił i możliwości. Lecz nec Hercules contra plures. Po bezczelnym inwigilowaniu prawicy, sadzeniu swoich agentów przez układ w rodzaju Kaczmarka, skrytobójczym zlikwidowaniu wodza ruchu ludowego, Leppera; skrytobójczym zlikwidowaniu w zamachu lotniczym ostatniej garstki patriotów pod Smoleńskiem – nadeszły te pamiętne wybory. A potem działanie salonu w pełnej krasie.

      Okazało się, że sprzedajne media nie wystarczyły postkomunistom. Szaleńcy ci wysłali swych agentów w samo jądro patriotycznego ruchu. Okazało się, że nie tylko niesławnej pamięci Tusk był rosyjskim sługusem. Salon wytresował swych agentów i wysłał na odpowiednie odcinki ideologicznego frontu: Ziobro, który do czasu udawał patriotę – okazał się być trwałym i stabilnym elementem układu, nasłanym w ramach inwigilacji jedynej legitymizującej się prawdziwym patriotyzmem prawicy. Kurski, ten degenerat w ludzkiej skórze – okazał się być trwałym elementem michnikowskiego układu: nie dość, ze zdradził jedyne prawicowe siły w tym kraju, to jeszcze ośmielił się wygrywać dla swych pseudoprawicowych panów w rodzaju Kowala czy Dorna z Dutkiewiczem kolejne wybory wbrew Kaczyńskiemu – i cóż z tego, że tracił władzę szybko i boleśnie?

      Jestże głupszy naród na świecie, bardziej rozpasane polactwo – któryby odrzucało wybory w wybory wzmożenie moralne – i głosowało od trzydziestu lat na zadeklarowntych komunistów?

      Rozejrzyjcie się wokół, na te pozorną prosperity – czy warto było? Kto utracił ducha, kto zaprzedał polskość za garść srebrników? Mówią wam, że osiągnięcie PKB Niemiec, to jest sukces. Ale jakim kosztem? Utraty tożsamości narodowej?

      W jakim świecie żyjemy? Czy nie pora uderzyć pięścią w stół i powiedzieć: dość?! Ile jeszcze gorzkich słów musi do nas skierować papież, Jego Świątobliwość Paweł Jose Garcia VII, byśmy zrozumieli, że żądanie prawa do in vitro przez gejowskie pary jest sprzeczne nie tylko z wymiarem kulturowym naszej cywilizacji, ale i z żywotnym duchem Europy ojczyzn? Jak jeszcze bardzo musi schudnąć na swej beztłuszczowej głodówce red. Terlikowski, byśmy przejrzeli na oczy?!

      Mówią, ze Michnik nie rządzi już z tylnego siedzenia tym Babilonem, że stracił pamięć i podszczypuje co atrakcyjniejsze  pielęgniarki w swoim ośrodku zdrowia, zbudowanym za ciężkie pieniądze wycyckanych prawdziwych Polaków. Mówią, że Marta Kaczyńska, wstąpiwszy do PO, dała wyraz tęsknocie Polaków za normalnością. Ba! – mówią nawet, że nieudana, dwuletnia prezydentura Palikota to tylko uwertura do ubiegania się przez niego o ten urząd w 2030 roku!

      Kto uratuje ten kraj przed ostatecznym upadkiem, skoro Jarosław Kaczyński ma swoje lata i mówi „kuku” w nieodpowiednich  momentach? Kto zachowa substancję narodową, skoro podeszły już, nie ukrywajmy,  ojciec Rydzyk siedzi w Las Vegas otwierając tam sieć katolickich salonów Spa?

      Dlaczegóż, och dlaczegóż – jedyne potomstwo, to nie z tego Kaczyńskiego, nie tej płci i płoche?!

      Ne wiem, co będzie. Nie wiem jak. Ale jedno wiem. Na te pobielane smoleńskie groby – obudzi się duch ziemi, tej ziemi – i powie, jak postępować na następne wybory.

      Albowiem partia patriotyzmu jest klęską w Polsce silna. Szczególnie w Polsce. Szczególnie klęską.

       

      Red. Semkaziemkiewicz, „Głos Wszechpolski”, 06.11.2026 r.”

       

      I teraz tak siedzę za tym płotem i myślę. Wyleźć, czy wcisnąć to różowe ustrojstwo?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 listopada 2011 02:38
  • niedziela, 16 października 2011
    • O spiskowej naturze świata.

      Zwracam się niniejszym do wszelkiej maści badaczy spraw ukrytych a złowrogich. Do tropicieli spisku żydowskiego rządzącego światem, do miłośników teorii, że Obamę nasłało UFO, że wieże WTC wysadził sam Bush, a brzózkę pode skrzydło zasadził sam Stalin – natomiast we wieży lotniska w Smoleńsku siedział Putin i porozumiewał się poprzez geosatelitę z wrażym Tuskiem.

      Piękne są te wszystkie teorie, takie łaknące przyjęcia, wilgotnie oczekujące, pragnące, by ktoś je bezwarunkowo pokochał. Ale wiele ich – i tu zgoda, panuje wśród nich twarda konkurencja. To jak – działo magnetyczne, czy Komorowski w Tupolewie śrubki odkręcił? Czy i to i to naraz?

      Ale zaryzykuję: mam i ja swoją spiskową teorię, która zaczyna nawet mieć swoich zwolenników na pislamskich forach, nie chwaląc się:)

      Wiem: szare sieci, układy. Spiski agenturalne. Putin rządzący za pomocą Tuska. Czerwona bolszewia i Michnik rogaty diabeł.

       Gdyby tak z drugiego końca?

      Jak uczy historia rewolucji – nie masz gorszych wrogów nad fałszywych sprzymierzeńców. I tak, dla Lenina największym wrogiem nie byli kapitaliści, jeno mieńszewicy. Takoż dla Kaczyńskiego nie będzie największym problemem Kiszczak, czy byli sędziowie PRL, skazujący dysydentów - we własnym rządzie. Dla niego największym problemem będzie inna prawicowa formacja polityczna, wywodząca się z opozycyjnych wobec PRL środowisk. Nie Jaruzelski będzie mu njgorszym wrogiem - jeno ikona odzyskania niepodległości, Wałęsa – tylko dlatego, że zrobił z niego zderzak.

      Ale skoro tak, idźmy dalej tym tropem. Drodzy islamiści, bracia w nierozumie, skoro już idziemy na całego i obdarzamy wszystkich, co to nam nie pasują – mianem agentów, zdrajców, sługusów czerwonego reżimu – to może należałoby pociągnąć to logicznie i wyciągnąć chore konsekwencje wynikające z chorych przesłanek?

      Otóż, skoro wrogiem jest nam ten, co pozwala trwać wrogom przy władzy – nie masz większego wroga nad Jarosława.

      Osiem wyborczych porażek. Utrata władzy po dwóch latach na własne życzenie. Podpisanie się pod hańbiącym wnioskiem sejmowym w tej sprawie większości posłów, w tym posłów PIS.

      Może wreszcie, o drodzy spiskowcy, dojrzeliście do dojrzenia oczywistości? Skoro taką łatwość sprawia wam stwierdzenie, że Macierewicz ma rację, że wszyscy ministrowie SZ III Rzeczypospolitej to byli sowieccy agenci, skoro wierzycie bez szemrania, że premier Niepodległej słucha Putina na przemian z Merkel nie wiadomo właściwie za co i po co – to może pora dalej pociągnąć to rozumowanie?

      Otóż, logicznie rzecz biorąc, Tusk i jego partia bez Kaczyńskiego przegraliby wybory. Tak jak to bywało w III RP przez dwadzieścia lat. Każdy rząd po pierwszej kadencji padał. Inne partie dochodziły do władzy.

      Zadaję wam zatem, o drodzy islamiści, dramatyczne pytanie: kto płaci i w jakiej walucie Kaczyńskiemu, by zawsze w ostatniej chwili, tuż przed wyborami :

      - zagadał do przyjaciół Moskali;

      - przyznał się publicznie, że jest na prochach;

      - wydał książkę, w której twierdzi o Angeli Merkel, co twierdzi;

      - polazł do Lisa i zrobił z tego poroniony użytek;

      Itd., itp.

      Powiedzcie, o drodzy islamiści, czemuż to genialny Strateg z Żoliborza, zawsze z genialnym wyczuciem  czasu – nigdy za wcześnie ani za późno – wyskoczy z czymś, co przekreśla jego szanse wyborcze?

      Nie interesuje was, w przerwie w rozmowach o awionice i brzózkach – ile mu Tusk za to płaci, by zostać przy władzy?

      Kupa z was trawi bezpłodnie godziny na wyszukiwanie końcówek  –stein czy – baum, na które mają się kończyć nazwiska polskich polityków – a jakoś omijacie pytanie o sens utrzymywania na czele partii, z którą sympatyzujecie,  gościa, który robi dzień i noc wszystko, aby jego polityczni konkurenci mogli wygrać wybory?

      Ja wiem, że w waszym totalitarnym spojrzeniu na rzeczywistość nie m miejsca na wątpliwości. Ale, jakeście z ochotą zmieniali co tydzień za wodzem poglądy na temat Leppera – kochaliście kiedyś miłością wierną i ślepą Jakubiak, Kowala, Kamińskiego? Może choć raz ich posłuchajcie w imię dawnej miłości?

      Zatem, reasumując: nie to żebym życzył zwycięstwa wyborczego populistom czy ludziom chorym na nienawiść. Jednkowoż czasem po prostu żal mi ludzi tak jawnie i bezwstydnie publicznie dymanych. Jak długo, drodzy pislamiści, macie zamiar robić za dojną krowę formacji sprowadzającej się do jednego człowieka? Której głównym napędem nie jest wcale walka o władzę i wprowadzenie własnych, chorych, wyborczych mrzonek – tylko wynik wyborczy taki, aby dostać refundację z budżetu państwa i obsadzić Iles tam mandatów w sejmie? A jak się już władzę psim swędem zdobędzie – czynienie wszystkiego, by się skompromitować – choćby i na drodze afer politycznych i kryminalnych - i władzę jak najszybciej stracić?

      Po cóż to szalone bicie piany i psucie nerwów, skoro chodzi tylko o te ileś tam milionów na partię i posłów, którzy poza sejmem nie mają już co robić (vide Dorn)?

       

      Zaiste, zaprzęgnijcie woje spiskowe moce do rozwiązania tego problemu…

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 października 2011 00:56
  • piątek, 23 września 2011
    • Obietnice wyborcze.

      Kręte ścieżki między foliami. Ubita ziemia. Tyle ambarasu, żeby się nie potknąć – bo sprzęt drogi i mógłby się stłuc. Chociaż, jaki on tam drogi, szef tak twierdzi, kostyra jeden. Byle co, tyle że na stan wpisane. Ale idziemy ostrożnie, to nie CNN.
      - Aaaaa! Dzień dobry Panie Antoni!
      - Czego?
      - My z polskiego radia... Polskojęzycznego znaczy... Reportaż przyszlim robić.
      On nie wie, że szefowi odjebało i mówi: nie będziem format, będziem, jak Trójka. Mniej Jennifer Lopez, a bardziej reportaż uczestniczący i jazz. Niekoniecznie od razu, że jakiś tam jam na kaloryfer i organki, „Wonderful World” wystarczy.
      Zatem my do Antosia:
      - Panie Antoni, Pan poprawi gumiaczki, pan się ogarnie jakoś, reportaż uczestniczący będziem robić.
      A on na to:
      - A po czemu?
      - Po temu, Panie Toleczku, że to product placement będzie.
      - Że jak?!
      - No, product placement. Pan udajesz, że produkujesz społecznie, a my udajem, że to społecznie reklamujemy publiczności. My mamy materiał, Pan masz reklamę.
      - Kawki, herbatki?
      - Nie trzeba, Panie Antoni. Społecznie, to społecznie.
      I wlaźli my między te szklarnie, Mariolka od razu nerwowa – wcale nie usiała tu być, dźwiękowiec by wystarczył. Ale się siedzieć zdzirze w biurze nie chciało, bo szef wyjątkowo na miejscu – to niech łazi po gumnie, owa jedna.
      -A to to, Panie Antoni, to co?
      - Ładne, nie? Pan redaktor od razu zuważył, piękne, wyyysokopienne, cudo, jak mi w tym roku odrasta. A mówili: nie przyjmie się. Zrazu, to nawet rosło – ale potam jakosić tak marniało na wiosnę, że ani nie podlej, ani przyłataj. Kto by się spodziewał, że odrośnie. Widzi redaktor, ot tut? Jaki zdrowy korzeń? Bedzie z tego, bedzie mówię. Wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej, lepsza odmiana, na zimę chowana.
      - Ale za dużo to tego nie macie?
      - Aj tam, Panie, za dużo. Trza miarkować, bo to towar delikatny, raz schodzi, raz nie. Trza w klienta trafić.
      - A tam, te wybujałe, żółte?
      - A te popod maciejką?
      - Ano, Panie Antoni, ano.
      - To resztówki z poprzedniego sezonu. Pan nie bierz serio, że wybujałe, to chodzi teraz za chwast. To jest „Odejście Balcerowicza”.
      - Ale ładnie rośnie!
      - Paaaaanie, co z tego, jak zapotrzebowania ni ma. Był taki jeden hurtownik, co brał – ale mówią, że się latoś obwiesił. Znać, że w interesach jemu nie szło. A Pan wiesz – teraz, to rynek krótki, jeden, dwóch monopolistów, błędów nie wybacza.
      - Ale to Pan tu masz takie dziwne rzeczy, koneserskie. A gdzie produkcja masowa?
      - Aaaaa, Panie redaktorze. To nie tak. Zacznijmy od tego, że ja jestem smakosz. Znawca. Masowo, to nie u mnie.
      - Mieciu!
      - Ta?
      - Wyłącz.
      - OK.
      - Pan mówi, się nie nagrywa. Słowo harcerza.
      - Panie, rozpacz czarna. Cztery lata temu ledwo przędlim, ale jakoś przędlim. A teraz, panie kochany – kryzys, jebana jego mać, niczem na dałdżones – konkurencja rośnie i mnie z rynku wypychajom. Panie, popatrz Pan popod ten las – co Pan widzisz?
      - Ano, szkółka leśna.
      - No. Szkółka leśna, taka jej mać. Miałem ja tam parę dużych folii konspektów. Obywatelskich, pod platformą, na średnią klasę, taka ich mać. Panie – i przyszły koncerny, tfu! – zachodnie. I mie klienta podkupiły. Panie, óne na autobusy to sprzedają, a ja tu tylko patriotyczną ścinkę na metry opylam. A bywało – jakosi tak latem w dwutysięcznym piątym, to i Schroeder u nas kupił! Fakt, że złomki po zakwaszaniu, ale na prowincję słał – i się chłopu opłacało. Jeszcze dyplomik przysłał. A dziś co? Noż k... mać, Panie, jak mnie jakieś obesrańce z Zachodu podkupują, nieuczciwie – bo podatków, tacy owacy, nie płacą...
      - Mieciu?
      - Noo?
      - Włączaj. Panie Antoni, a czym się nam Pan pochwali?
      - A, nie przymierzając, duży sukces biznesowy miałem. A popatrzaj tamój, hen het na koniec folii.
      - Ale to małe jakieś? Niewydarzone takie?
      - Panie! Niewydarzone, kuźwa... Małe, bo klimat nie ten. To jest, Panie, szczepka z południa. Wrażliwa taka. To jest, Panie kochany, obietnica wakacji w Egipcie.
      - Ale co nam z takiego krzaczurka?
      - Sie Pan nie znasz, to Pan pierdolisz. Krzaczurek... Panie, to jeszcze nigdy w tym rejonie świata nie rosło! My pionierami jesteśmy! Dziś krzaczurek, jutro cały świat!
      - Dobra... Ten tego... A tam, ten gęsty las?
      - Oj, to mój osobisty zawód. To jest obietnica trzech milionów mieszkań, ładna, różowa, wysokopienna. Pan nie uwierzysz – taka udana, odcień, jak trza, łodyga w łodygę niczem z formy – a nikt tego brać nie chce! A zamówienia były, oj były – i nawet krzyżować chciali z rozwojem produkcji przemysłowej. A teraz nie masz Pan klienta. Ot, ryzyko prywatnego przedsiębiorcy – a kto to teraz kupi? Pan?
      - Ach, Panie Antoni: )
      - Ale poważnie, kupisz Pan? Za połowę sprzedam. I jeszcze ładną obietnicę taniego kredytu frankowego w głąbach dołaczę – 3,50 za kilo? Bierz Pan, bo taniej nie będzie!
      - Panie Antoni!
      - Dobra, dobra... O czym to ja... Acha – tam, pode stawem, za wiatą, masz Pan projekty obywatelskie. Część jeszcze niedojrzała, część przejrzała – ryzyko z tym jest, ale sprzedaje się dobrze. Nie zetniesz Pan na czas – i przejdą do następnej kadencji, smrodząc. Zetniesz Pan wczas – i jest przebicie, że jeszcze mi tę obietnicę smoleńską zwróci, jak będzie niefart. Zobaczysz Pan. Konsumpcja szybka, a sadzić odszczepki można, nikt się nie zorientuje, że ta sama odmiana, tu i ówdzie się po prostu porostem rzuci – i masz Pan w następnym sezonie projekty obywatelskie, jak ta lala, nieśmigane prawie. Ale, uwaga! Za wcześnie nie sadzić i nie siać – bo jak, nie daj Boże, przetrwają wszystkie przymrozki i ostatnie głosowanie, to wejdą w życie – i się Pan nie pozbierasz. Taki to towar delikatny.
      - A tete tam, takie czarnawe smętne kwiatki? Po ch... eee.. znaczy, po cóż nam zaiste aliści tyle tego?
      - Uuuu, weź się Pan, Panie reaktor, mityguj, jak Pan z widłami w dupie do Warszawy wracać nie chcesz.
      - Ale ja z Krakowa.
      - Czyli nawet dalej, bardziej niewygodnie. To są, Panie Eter, kwiatki Proboszcza Dobrodzieja.
      - A czemu one tak włążą na grządkę ze smoleńskimi?
      - Pan mnie pytasz? Zapylają się, to i obok rosną.
      - Ale po czemu tyle tego?
      - Po czemu, po czemu. Głupiemu i sto słów za mało. Dobrego też zawsze za mało, jak mawia Ksiądz Dobrodziej. Ma rosnąć, to rośnie. Tym bardziej, że córkę za mąż puszczam, a synuś bierzmowanie ma w przyszłym roku.
      - No i?
      - Co „no i”? Co „no i”? Głupi, czy jak?!
      - Ale tyle tego?
      - Od przybytku głowa nie boli.
      - Ale chociaż parafia płaci?
      - Pan wyłącz mikrofon.
      - No.
      - Placi, płaci, regularnie i na czas. Jeszcze z nadwyżką! I zawsze Ksiądz Proboszcz dobrze gospodaruje, i jeszcze zostanie i na przyszły rok się z tego posilim.
      - Panie Antoni, ale ja naprawdę wyłączyłem
      - Tia. Coś jeszcze?
      - Czego Panu życzyć, Panie Antoni?
      - Wyborów, Panie. I żeby ónych z tymi autobusami przepędzić albo, żeby chocia podatki płacili i ZUSy, jak my – a nie chodzili za święte krowy i odprowadzali zyski za granicę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Obietnice wyborcze.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      piątek, 23 września 2011 23:25
  • niedziela, 04 września 2011
    • O pewnej wstydliwej przypadłości.

      Na początek dwa cytaty:

      "Brak wykształcenia wytworzył w nim kompleks niższości i głęboko zakorzenioną niechęć do intelektualistów i ludzi z dyplomami uniwersyteckimi. Wysoki poziom wiedzy i kultury idzie zwykle w parze z pewnym relatywizmem pojęć i wątpliwościami wobec własnych decyzji i poczynań. Samoucy mają mniej wahań i bardziej są skłonni do absolutnej wiary we własną nieomylność, Gomułka jest typowym samoukiem. Jego wczesne poglądy były mieszanym produktem agitacyjnej literatury i własnych doświadczeń. Teoretyczna wiedza ograniczała się zapewne do kilku prostych tez. Gomułka trzymał się ich kurczowo przez całe życie, z uporem także charakterystycznym dla samouków, niechętnie rozstających się z koncepcjami przyswojonymi kosztem wielkiego wysiłku."

      Jan Nowak Jeziorański, "Polska z oddali", Wydawnictwo Znak, Kraków 1992, str 56.

      i, zapewne dużo bardziej znane:

      "Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana

      (Marek Tulliusz obracał się w grobie)

      Łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy

      dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu

      składnia pozbawiona urody koniunktiwu"

      Zbigniew Herbert

       

      Na cóż, ach po cóż te sążniste cytaty z Tacyta? Aby podkreślić, że zmienia się tyle, by nie zmieniło się nic.

      Jeziorański pisał o Gomułce - ale równie dobrze mógłby pisać o Che Guevarze, Bin Ladenie czy Rydzyku.

      Prostactwo rozumowania opartego na prostackiej idei polega w dużej mierze na zaufaniu ideologii i oddaniu wolności w pacht dogmatowi. Nie ma znaczenia, czy dogmat jest głupszy na pierwszy rzut oka, czy na pozór mądrzejszy - ważne, że wymaga absolutnej wierności i wyłączenia sceptycyzmu. Wyłączenie krytycyzmu, a potrzeba wiary, to pierwsza zasada działania niedouczonego ortodoksa, który buduje tożsamość na zestawie aksjomatów, które - nawet jeśli negatywnie sprawdzalne w praktyce - zawsze będą nieomylne, bo wymagać będą wiary, a nie rozumu. Wszelki relatywizm, podejrzliwość, spekulacja - są nie na miejscu - albowiem wierzący nie po to ma dogmat, by go podważać; a po to, by dowodzić mu wierności.

      Jeziorański mimochodem zauważa, że obycie w nagromadzonej przez wieki wiedzy socjologicznej i historycznej, a także pewna giętkość rozumowania, są wrogiem dogmatu. Co doprowadza nas do nader smutnego wniosku: oto, skoro tylu aż ludzi ma tak niewzruszone poglądy, które nie podlegają ŻADNEJ rewizji i falsyfikacji - to aż tylu ludzi zarazem dobrowolnie wyrzeka się używania rozumu dla poznania świata.

      Cóż moze być smutniejszego, niż dobrowolne zrzeczenie się wątpiącego rozumu, a zastąpienie go pełnym pychy przekonaniem o nieomylności? Cóż może być bardziej pouczającego na temat ludzkiej natury, niż to, że nadal większość populacji nie ma albo możliwości albo ochoty, by uczyć się na błędach przeszłych pokoleń - i radośnie oddaje rozum za nic nie warte błyskotki i złudne poczucie bezpieczeństwa?

      A pułapki czyhają za tym dwie.

      W społeczeństwie liberalnym i otwartym na tępego ortodoksa, który wyrzeka sie rozumowania na rzecz bezrefleksyjnej obrony dogmatu - czeka izolacja i śmieszność. Zapytacie, czemu tylu ludzi wstydzi się przyznać, że słucha RM albo głosuje na PIS? Otóż mają ci ludzie poczucie wstydu, tym bardziej palącego, że - w osobistym odczuciu - niezawinionego. Bo otóż wyznają jedynie słuszny dogmat, który buduje im świat i wszelkie możliwe sfery niebieskie - a w zamian dostają pogardę i drwinę. Owszem - zamilkną, bądź zaprą się w uporze. Ale poszukując źródła odium, które ich dotyka, tej śmieszności, która sie do nich bezlitośnie przykleja i nie daje odetchnąć miłości własnej, poszukają przyczyny. A skoro dogmat jest nieomylny i wbrew oczywistości śmiesznym być nie może - jego ośmieszenie nie tkwi w nim. Wina tkwi w tych, którzy ośmielają się z niego drwić.

      I tu, śmiem twierdzić, tkwi etologia zapytań pislamu o to, dlaczego media są sprzedajne, dlaczego otczają nas spiski i dlaczego tyle wysilku tajemnicze organizacje i nazwani z imienia zdrajcy wkładają w to, by dogmat wciąż ośmieszać i czynić przedmiotem protekcjonalnych i sarkastycznych uwag.

      Jeżeli dogmat opiera sie na wiedzy przyswojonej z trudem - a w opozycji do solidnego wykształcenia; jeżeli tenże dogmat jest budulcem identyfikacji osobniczej w społeczeństwie i tożsamości - to drwina z niego jest także zamachem na tożsamość jednostki.

      Ale to pułapka osobista, koszt wolności, koszt wolnej wymiany idei, braku cenzury, wolności osobistej. Czy warto ponosić koszt ranienia jednostek w ich dumie?

      A jakżeby nie, skoro czyha na nas pułapka druga? W społeczeństwie zamkniętym, zniewolonym, skodyfikowanym strefami dogmatycznego zakazu - dogmat, choćby najgłupszy, staje się obowiązującym prawem. A sankcje za nieprzestrzeganie wierności dogmatowi są tym dotkliwsze, im dogmat uporczywie głupszy i nie wytrzymujący logicznej krytyki.

      A co najokrutniejsze: w społeczeństwie zamkniętym, oddanym pod rządy tępego aksjomatu, drętwego kodeksu bzdurnej ideologii, zniewolonym przemożną siłą chutliwej ideologii; wszyscy są potencjalnymi ofiarami. Jak uczy historia, pierwsi giną ci, którzy, wierni dogmatowi na zabój, zbyt późno orientują się, że nie zapisali się do właściwej koterii.

      A teraz uwaga osobista. Boję się ludzi, którzy wyrzekli się rozumu dla wiary. Dla pułapki drugiej.

      Boję się ich, bo wiem, że rodzimy się nadzy, głupi i z zamkniętymi oczami. I że całkiem wielu z nas nie nuczy się z historii absolutnie niczego albowiem będzie wolało złudne poczucie bezpieczeństwa w zaufaniu porządkującemu świat dogmatowi, niż uruchomienie rozumu, współczucia czy nawet czystego pragmatyzmu. Że większość z nas po prostu nie zainteresuje się tym, co mają do powiedzenia miliony trucheł zaginionych w cierpieniach, a bez sensu. Bo mamy taką WSTYDLIWĄ PRZYPADŁOŚĆ: że rozum i dociekliwość nam przeszkadza.

       

      Boję się ludzi, którzy oddają wolność i rozum w zamian za to, by ktoś zaprowadzał im porządek. Eksperymentując na nich, na ich wolności, na ich prawach - a wreszcie na wolności i prawach całych grup społecznych i narodów. Albowiem świat zaiste jest strasznym bałaganem. Ale nic nie czyni go straszniejszym, niż przemożna potrzeba uporządkowania go przez ludzi bez empatii i wyobraźni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 września 2011 01:04
  • niedziela, 07 sierpnia 2011
    • Kto tam jeszcze nie żyje?

      Ojej, nader niespodziewanie okazało się, że żyję w normalnym kraju!

      Nie powiem, zaskoczyło mnie.

      Co prawda, jakieś przeczucia już wcześniej miałem. Od paru lat straszne wieści w mediach dotyczące stanu państwa okazują sie być zefirkiem w porównaniu z tym, czego mogli spodziewać się nasi szanowni rodziciele. Doszło do tego, że media muszą rozciągać sezon ogórkowy na cały rok.

      Skąd takie krzepiące poczucie?

      Otóż, siedzę ja sobie ze znajomymi na działce, kiedy za płotek podchodzi korpulenta sąsiadka, by nam lekkim głosem oznajmić: "Lepper nie żyje. Powiesił się."

      Reakcja publiczności? Przełożono kiełbaski na grillu na drugi bok.

      Czy to oznaka otępienia? Nieczułości?

      A może oto właśnie w taki dziwaczny sposób puka nam do drzwi siermiężna, ale rozkosznie bezpieczna normalność?

      Przez parę ostatnich pokoleń śmierć - lub tylko odsunięcie od władzy ważnych polityków - oznaczały trzęsienia ziemi dla całego kraju. Mniejsze o nieskrępowany dziś dostęp do wiadomości - a niegdyś dostęp reglamentowany: czy byłoby możliwe przez większość XX wieku, aby rozbił się samolot z głową państwa, a politycy ginęli, jak muchy - a większość publiczości przekładała kiełbaski na drugi bok w głebokim spokoju?

      To krzepiące, że ciągła, dewaluująca się z dnia na dzień, biegunka politycznego chamstwa, Krakowskie Przedmieście, ponure wypadki związane z politykami, nieodpowiedzialne wojenki wszczynane przez polityków - są tym, czym są w istocie: szumem na życiu społecznym.

      Czyżbyśmy zaprawdę doczekali szczęśliwych czasów, że im bardziej pajace drący szaty i obanażający publicznie swoje ułomności w walce o władzę uderzają w paranoiczne tony - tym bardziej ludzie mają na to zdrowy pogląd?

      Byłżebym już obywatelem kraju, w którym obywatele są aż tak rozsądni?

      Wszystko na to wskazuje.

      Być może po wstydliwym pislamskim paroksyzmie wypada już powiedzieć, że był to jednakowoż tylko wypadek przy pracy. Że żyjemy w normalnym kraju z normalnymi obywatelami. Którzy są w stanie podobne brewerie ukrócić.

      Agenturalność? Układy? "Spisek smoleński"? Hel, strzały i bomba magnetyczna? Wieszający się Lepper?

      Czy przypadkiem nastawione na sensację media nie malują nas głupszymi, niż w istocie jesteśmy? Rządy wariatów ukrócane są w tym kraju szybko i dość bezboleśnie; po wariactwach, jakie działy się na Węgrzech czy Słowacji - społeczeństwa byłych demoludów mogą patrzeć na Polaków, jak na roznosicieli rozsądku - czy ja nie jestem aby mieszkańcem kraju zasiedlonego przez mądrych ludzi?

      Co, z niejakim zmieszaniem, nieodłącznym od wpojonego mi, narodowego pesymizmu, ze zdziwieniem ale i satysfakcją - konstatuję:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kto tam jeszcze nie żyje?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 sierpnia 2011 02:39
  • czwartek, 14 kwietnia 2011
    • List z Polski

      Przypadkowo trafił do mnie wzruszający list turystki, związany z ostatnimi gorącymi wydarzeniami. Przepraszając za chropowatości tłumaczenia, niniejszym go przedstawiam:

       

      Dear Kev, honey!

      Tu w tej Europie jest po prostu cudownie! I wszystko jest cool i jazzy. Jestem głęboko wdzięczna tatusiowi, że mi zrobił na koniec collegu taka niespodzianka: podróż po Europie.

      To są niezapomniane przeżycia, słonko – nigdy nie zapomnę tej cudownej nocy w Genewie, gdy ten uroczy Francuz sprzedawał mi wprost z gondoli bagietki!

      A ta Australia, te góry, te narty i gluehwein! A wiesz cycuszku, że instruktor od nart strasznie chciał się ze mną przespać – ale mówię ci, taki stary, obleśny typ, ze trzydziestkę już miał na karku, zboczeniec! To jak następnego dnia grzecznie zapytałam, czy zobaczymy kangury – to się jakoś tak dziwnie uśmiechnął i powiedział, że o tej porze roku śpią w jaskiniach i rodzą młode.

      Ale też to jest już trochę męczące – ty nie wierz w to, co mówią, że Europa to jeden kraj jest. A my mamy wycieczkę obliczoną na całe dwa tygodnie!

      No i teraz piszę do ciebie z Polski! Popatrz, jednak ja miałam rację, jak graliśmy w scrabble – ta durna suka Gina twierdziła, że nie ma takiego państwa, jak Polland, tylko jest Holland. Idiotka, tak jakby państwo mogło się nazywać tak jak ser, ha, ha, ha!

      Wcześniej byliśmy w Berlinie i oglądałam wystawę, jak strasznie to miasto zniszczone w wojnę było. Ja w ogóle nie wiedziałam, że Berlin to w Europie jest, tylko, że w Massatchussets. Ten Kennedy jakiś dziwny koleś był, kiedy mówił, ze jest Berlińczykiem, ale tu mi powiedzieli, że o jakieś ciastko chodziło, czy jakoś tak... Zakręcony kolo,co nie? No i ten Berlin taki był strasznie zniszczony – a potem pojechałam do Warszawy i tam takie stare budynki stoją niezniszczone i jakie to niesprawiedliwe w końcu jest, Honey, nie? Ale czuje się, że to stare takie i Pałac króla nawet mają, który poszliśmy zobaczyć, tylko króla samego nie udało mi się zobaczyć. To jest Pałac mniejszy, dlatego na Przedmieściu – bo większy też jest w środku miasta, taki troszkę większy – bo tu trochę taka parterowa zabudowa. To chyba się król przenosi czasem z jednego do drugiego, nie? To musi być fajny widok – ta karoca, kutasy na kapach, rumaki rącze!

       

      I to właśnie tam, na tym Downtown, co się nazywa Krakowskie, mieliśmy najwięcej przygód, które ci teraz opowiem, bo silnie wzburzające są.

      Tam było tak strasznie dużo tych biednych Polaków, z flagami, transparentami, zniczami. Ja najpierw myślałam, ze to jakiś kult cargo, jak ten, pamiętasz, co nam opowiadali na zajęciach. Bo tutaj jakieś takie wizerunki samolotów ze sobą nosili. Ale potem się okazało, że chyba ktoś umarł, bo nosili taki potrecik miłego starszego pana z czarnymi wstążkami. Z tego, co mówili, to on się chyba Tupolew nazywał, czy jakoś tak. Ja byłam z naszym tłumaczem i on mocno taki nerwowy był, chyba się spieszył i mówił, żebyśmy już poszli. Ale on, darling, nie rozumie, buc jeden, że najlepsze jest takie zwiedzanie z plecakiem, coaching taki. Wtapianie sie w kultury i rozmawianie z ludźmi. Zobaczyłam tam wtedy transparent „USA help us!” No to podeszłam do tego, co trzymał ten transparent i zapytałam, co mogę zrobić? Ale on, wyobraź sobie Słonko, tak dziwnie popatrzył i tylko zaczął stękać. On tylko po swojemu, rosyjsku umiał. Bo tu tak mówią, wiesz – pamiętasz, jak zsypywali ziarno z elewatora w magazynach na rogu piątej i Wiązów? Taki szelest, nie?

      Ale nasz tłumacz mówi, że oni tu płaczą po prezydencie i po niepodległości i że Żydzi rządzą. Oh, really? To ciekawe! Pamiętasz Misiaczku Pana Rosenkranza, który mieszka u mnie naprzeciwko i wyprowadza na spacer tego dalmatyńczyka ślepego na jedno oko? On ma takie dziwactwo, że cały czas w starych papierach siedzi i starej rodziny szuka. Może on nie wie, że w Polsce jest tylu Żydów i jeszcze, że rządzą! Jemu pewnie byłoby miło się dowiedzieć – i może by przyjechał i poszukał swojej rodziny tu? A może jego tutejsze Żydzi są książęta albo baroni?  Ale mnie się smutno zrobiło i powiedziałam, że mnie też very sorry, że prezydent Tupolew nie żyje – ale, Honey, ja chyba coś nie tak zrozumiałam, bo on zaraz wszedł na mównicę! To czemu jemu czarne wstążki wieszali?

      I mówili, że to jest sam premier. Ja pamiętałam, że Żydzi rządzą, no to zapytałam uprzejmie,  czy on też jest Żyd i czy to taka tradycja. Ale wtedy taka starsza pani zrobiła się strasznie czerwona i chciała coś z parasolką zrobić na mojej głowie, ja nie wiem, dlaczego? Coś obraziłam? To wtedy powiedziałam, żeby załagodzić sytuację – że szkoda, że nie ma tu w walce Waleza, bo Waleza był dzielny i szkoda, że nie żyje i też na pewno był szacowny Żyd.  To już na mnie wszyscy dziwnie zaczęli patrzeć, tłumacz się zrobił jak reklama Coca-Coli i zaczął mnie ciągnąć stamtąd – ale w tym momencie Pan Tupolew zaczął przemawiać.

      Dziwne to było, ale fas – cy – nu – ją –ce! Bo on musi być bardzo tutaj sexi. Co prawda mało było młodych babek, ale mówiły, że na jego głos je ciarki przechodzą. A i stare bardzo mdlały i miały taki maślany wzrok, jak moja Mommy przy Presleyu ma. Dziwne tu mają gusta, skarbie, ale, jak mówiła pani Mamerton z gender studies w collegu – nie trzeba śmiać, rozumieć trzeba. Za dawnej starożytności na przykład grube baby lubili, a teraz mój misiaczek to chyba mnie lubi, jaką jestem, nie, lol?

      I on powiedział, że zostali zdradzeni o świcie. To niedawno musiało być, bo dopiero popołudnie było. I że nie ma niepodległości.

      To mi się bardzo smutno zrobiło, że oni nie mają tej Independence i zapytałam, kto im zabrał – ale na mnie sykali i uciszali, bo ten pan Tupolew mówił i tak się uśmiechał co jakiś czas – a oni krzyczeli coś do niego i całe święto z tego było. Tam było dużo starych ludzi, a młodych mało – to pewnie po tej wojnie z komunizmem tylko ci starsi zostali – co mnie jeszcze ciężej się na sercu zrobiło. Oni muszą strasznie tego pana Tupolewa kochać i kraj swój biedny też, bo tak machali flagami i krzyczeli hasła tak głośno i życzliwie. I chyba jeszcze poza pomocą od USA chcą też, żeby pan Putin im pomógł, bo też jego zdjęcia mieli i machali nimi.

      Tak sobie, Ptyniu z kremem, pomyślałam, że co robi nasz Prezydent i nasze wojsko, kiedy tu tym biednym ludziom pomocy trzeba now? Na jakieś tam pustynie naszych dzielnych żołnierzy posyła – a tutaj nawet Pałace mają, może nie takie prawdziwe, jak u Disneya, ale też ładne, jak oko przymrużyć. Nawet pan Putin mógłby im pomóc, jak tak proszą, razem Obama i Putin to by chyba dużo mogli, co nie?

      I taka jestem teraz oburzona, że tym Polakom Independence zabrali i że nikt im nie pomaga, że aż musiałam do Ciebie, Skarbie, napisać, żeby się uspokoić. Może nie jest to duży naród, ale, do cholery, ze dwa miliony ich będzie, a tu świat o nich i biednym panu Tupolewie nie pamięta! Teraz dopiero rozumiem cierpienia innych narodów i ta durna dziwka Gina już nie może powiedzieć, że jestem głupia gęś, co nie wystawiła nosa poza Idaho!

      Całuski, buziaczki, miziańka słodkie – nie wiem, czy wrócę o czasie, bo mi tu miła staruszka pod tym Pałacem odradzała wracać samolotem. Kupiłam ci tez parę tych ładnych światełek, co je przynosili, ładnie ci mogą garaż oświetlić, może być nastrojowo i romantycznie, co nie?

      Twoja na zawsze

      Jamie Lee

      xxx

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „List z Polski”
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 kwietnia 2011 17:28
  • środa, 13 kwietnia 2011
    • Odrobinkę wstydliwa namiętność? - cz. I

      Jak zauważył już George Frazier – w każdej kulturze istnieją jakieś nieprzekraczalne tabu. Mało tego, na podstawie swoich i nie tylko swoich badań wykazywał, że w istocie bardzo wiele tabu jest powszechnych i powtarzalnych pod każdą szerokością geograficzną i często niezależnie od klimatu (np tabu związane z menstruacją).

      Nie będzie też szczególnie odkrywczym stwierdzenie, że skoro w kulturze jest tabu – to, o ile nie jest ona zbyt opresyjna – pojawi się także w sposób naturalny walka z tym tabu. Czasem odważna, czasem dla współczesnych niesmaczna – ale będzie - jako reakcja (najczęściej artystów) na zastany porządek społeczny.

      Nie będzie też pewnie szalenie odkrywcza obserwacja, że żyjemy w czasach, w których w kulturze szeroko pojętego Zachodu łamanie tabu nie wymaga już takiej odwagi cywilnej, jak niegdyś – coraz częściej zatem, zamiast aktu odwagi kontestującego jakąś formę opresji – staje się fakt złamania tabu przedsięwzięciem dość pustym i niesmacznym. Skoro bowiem wszystko wolno, to łamanie zasad, które nie istnieją, przestaje być sensowne, za to nader często jest drastycznym efektem dla efektu.

      Tak patrzę na prowokacje związane z szeroko pojętym wmontowywaniem we współczesnej sztuce chrześcijańskich symboli religijnych w fekalia czy budowaniem modelu obozu koncentracyjnego z klocków lego. Jeśli podstawowym nośnikiem wartości artystycznej takiego dzieła ma być (a tak sądzę) łamanie jakiegoś opresyjnego tabu – to dzieło to traci sens, gdy tej opresji nie ma, zyskuje za to nieciekawe konotacje obyczajowe i trywializujące.

      Jeszcze inny, dość oczywisty fakt: sama natura rozprzestrzeniania się współczesnej kultury, wraz z nowymi narzędziami – jak Internet – wprost zachęca do łamania tabu: a to nie tylko, dając większej rzeszy ludzi zgrabniejsze po temu techniczne możliwości, ale także wymagając mniejszej odwagi cywilnej: Internet może dać bowiem najlepszy balans szybkiego i masowego rozprzestrzeniania treści z wysokim poziomem jednoczesnej anonimowości.

      Czyli mamy trzy rzeczy: żyjemy w czasach powszechnego łamania porządków (na co pewnie, ale to temat zbyt szeroki, mogą mieć wpływ historyczne wypadki ostatniej ćwierci wieku), żyjemy w czasch, gdy do tego łamania mamy dostępne tanie środki oraz żyjemy w czasach, gdy możemy to robić w dużym stopniu bezkarnie i anonimowo.

      Po co ten przydługi i nieco drętwy wstęp? Ano po to, że chciałem zasygnalizować, dlaczego moim zdaniem w internecie możemy obserwować renesans rasizmu i powszechne jego występowanie.

      Oczywiście nie taki ze mnie niemota, żebym uważał, że to komunikacja internetowa nagle wywołała wilka z lasu, ludziom się na korę mózgową od www rzuciło i rasizm wziął się nagle objawił wraz z miniaturyzacją elektroniki i paroma łebskimi facetami od światłowodów. Podobnie kiepsko biorę na wiarę, że nagle w sielskich i nastawionych altruistycznie społeczeństwach narastać zaczęła fala agresji, spowodowana grami komputerowymi:) Rzecz jasna rasizm miał się, niestety, równie dobrze przed nastaniem rewolucji telekomunikacyjnej. Niemniej nowe są w nim w tej chwili dwie cechy:

      - szybki i zaraźliwy sposób rozprzestrzeniania się idei i ich różnych „odłamków”, niczym naoczna ilustracja teorii „memów”;

      - taki stopień anonimowości, że zachowania dotąd traktowane jako niekulturalne i nieakceptowane społecznie – stają się nie tylko powszechne, ale i w dobrym tonie.

      Co do samego rasizmu, jawi mi się to zjawisko, jako pełne paradoksów. Jest i owszem, niezmiernie żenujące – ale także, poprzez wysoką dawkę paradoksu i mitologicznych wręcz odniesień – niestety także dość ciekawe.

      Do niniejszych rozważań na temat rasizmu w sieci popchnęła mnie reakcja jednego z dyskutantów na innym blogu: określił mnie bowiem, jako Żyda i zagroził, że zajmie się, w jakiś sobie znany sposób, udowadnianiem tego faktu. Po czym wyraźnie zaczął oczekiwać, że zacznę wyjaśniać, dlaczego jestem, bądź nie jestem Żydem.

      Mnie w tej sytuacji zdumiała i obezwładniła nie sama supozycja, jakobym był Żydem – tylko przyjęte milcząco założenie, (które, skoro stosowane z taką pewnością siebie – według mojego rozmówcy powinno być pewnie powszechne i zrozumiałe samo przez się); założenie, które miałoby nas jakoby jakoś ustawiać na wspólnej platformie dyskusyjnej – że ja się na taką supozycję powinienem OBRAZIĆ, powinienem się WYTŁUMACZYĆ, względnie, gdybym Żydem był, powinienem się poczuć WINIEN tego faktu.

      Krótko mówiąc osoba pisząca po polsku, składająca w miarę składne zdania i używająca jakiejś tam argumentacji – nagle chce się ze mną ustawić na takim poziomie dyskusji, na którym fakt bycia Żydem jest okolicznością naganną, a przy tym naganność tej okoliczności jest powszechnie znana i zrozumiała.

      Nie chodzi już nawet o reminiscencje, które nagle boleśnie zagrały mi w głowi: jak to we wczesnych latach dziewięćdziesiątych Mazowiecki zaczął Wałęsie jakoś tak wyjaśniać, że on Żydem nie jest, choć nie ma nic przeciw Żydom – jakby już sam fakt takiego wyjaśniania nie był haniebny. Chodzi mi o to, że tu i teraz, człowiek z krwi i kości, po drugiej stronie jakiegoś drutu, mówiący do mnie nowoczesną polszczyzną, za pomocą nowoczesnego medium i za pomocą w miarę logicznej argumentacji – nagle ucieka w sferę czystej mitologii oposmaku średniowiecznym i oczekuje, że nie wzbudzi to niczyjego zdumienia! Ba!Może nawet to zdumienie serdecznie go zdziwi!

      Ja sam jestem zwolennikiem socjobiologicznej i ewolucyjnej teorii rasizmu; alejeśli kto ma na ten temat własne przemyślenia, które są akceptowalne po zastosowaniu brzytwy Ockhama (:)), to będę wdzięczny za podsunięcie takowych.

      Ja jestem przeświadczony, że rasizm i ogólnie szeroko pojęta niechęć do wszystkiego, co obce i niezrozumiałe – ma genezę w takiej a nie innej historii rozwoju człowieka pierwotnego. Badania socjologiczne i psychologiczne dowodzą, że człowiek ma tym bardziej ograniczone zdolności podtrzymywania stałych relacji personalnych im więcej osób w tych relacjach z nim pozostaje. Mówi się wprost, że każda liczba „przyjaciół” na portalu społecznościowym powyżej stu – to już fikcja. Mówi się także o tym, że przeciętny człowiek może podtrzymywać stałe i głębokie relacje jedynie z maksymalnie kilkudziesięcioma osobami.

      Ma to zapewne swoje uzasadnienie i ergonomiczne i ewolucyjne: wszak musiał sobie jakoś człowiek pierwotny radzić w grupie kilku – kilkudziesięciu osób, jednocześnie – w ramach stałego konfliktu o stale zbyt małą liczbę dóbr i przetrwanie swojej grupy – uważać inne grupy, nawet blisko spokrewnione, za wrogie.

      Taki styl życia, obecny już niestety u niektórych gatunków małp naczelnych (szympansów np, znających nagłe i niezmiernie krwawe wybuchy szalonej przemocy wobec obcych osobników i grup) – to nasza spuścizna wielu setek tysięcy lat, silny atawizm, krążący w naszych żyłach – coś, co próbujemy zasypać wraz z rozwojem kolejnych cywilizacji i kultur – ale zawsze z różnym, raczej niedostatecznym powodzeniem.

      To, co miało być ochroną puli genetycznej swojej kilkunastoosobowej grupy przed inną grupą – i czemu służyła instynktowna niechęć do wszystkiego, co obce – wykoleiło się, gdy człowiek wprzągł się w instytucje i procesy rozrośnięte tak bardzo, że przestał nad nimi panować. Niechęć wobec osobnika zza miedzy, który mógł ukraść żarcie, stała się nagle przyczyną zawstydzającej historii istoty inteligentnej, która potrafi wyrzynać się dziesięcioleciami i na najbardziej wymyślne sposoby w sporze o znaczenie hostii albo o inny kolor skóry, pochodzenie czy przynależność plemienną.

      Niemniej w tym ujęciu można tłumaczyć niechęć do „obcego” jako rzecz poniekąd naturalną i przynależną do ludzkiej natury – podobnie jak chciwość, egoizm, morderstwo dla łupu, fizyczne eliminowanie konkurencji w dostępie do dóbr, itd. Wydaje się, że w związku z taką, a nie inną naturą i pochodzeniem, człowiek musi jakoś godzić te pierwotne instynkty z owocami działania swojego silnie pofałdowanego mózgu i jego wytworami. Także wytworami takimi, które, łącząc w sobie sumę składowych elementów, mają finalną wartość większą, niżby wynikało z wartości samych elementów. Czyli są na tyle dużymi strukturami (plemię, państwo, tradycja, kult, kultura), że przerastają swych twórców i nie dają się w pełni kontrolować. (Swego czasu Sołżenicyn twierdził, że w historii ZSRR widać było coś w rodzaju działającej ręki szatana: owszem, ludzie robili swoje – ale jakby wpleceni w tryby nadrzędnej, oplatającej ich i zużywającej piekielnej machiny; samonapędzającej się i poza kontrolą, pożerającej po jakimś czasie nawet tych u szczytu).

      Ma zatem człowiek wielkie struktury, które utarł w wielowiekowych historycznych procesach dla zabezpieczenia bytu swojego, swych dzieci i względnego zabezpieczenia majątku. Ma społeczność, kult, tradycję – a wreszcie naród i państwo. Ma całą tę otoczkę umów społecznych, narzucanych mu od urodzenia, która krępuje jego naturę, jak konwenanse krępują np publiczne defekowanie. I są to osiagnięcia naprawdę wielkiej wagi, o dużym skomplikowaniu, a wielu zaletach i wadach, w swoim skomplikowaniu niejednokrotnie piękne, choć potrafiące być dla jednostki groźnymi lub zabójczymi.

      Problem w tym, że cała ta sfera krępującego nas konwenansu jest dość powierzchowna, co stwierdzaliśmy niejednokrotnie na żywo i doświadczalnie – obserwując ludzi w warunkach skrajnych. Można pewnie bez zbytniej przesady powiedzieć, że cały wiek XX był jedną wielka retortą, w której można było obserwować eksperyment pt – jak szybko i sprawnie upodlić człowieka i wydobyć z niego najgorsze możliwe cechy i zachowania.

      Jak można się było spodziewać, cieniutka i wątła otoczka zmiennych, niejednorodnych i zazwyczaj umownych konwenansów, w sytuacji ekstremalnej przegra z wielosettysięcznym bagażem instynktów i atawizmów.

      Kiedy się trochę człowieka oskrobie z ogłady, jego podejrzliwa natura wyłazi na wierzch, niczym paluch z dziurawej skarpety. Wszystko, co inne, nieznane, niekonwencjonalne – mimo swej atrakcyjności poznawczej, jest jednoczesnie złe, zepsute, niemoralne i gorsze.

      Podobała mi się tu figura Kosińskiego z „Malowanego Ptaka” – o tym, jak to ptak pomalowany kolorowymi farbkami, a wypuszczony wśród pobratymców – był bezlitosnie zadziobywany.

      Stoimy zatem moim zdaniem wobec sytuacji, gdy na, nazwijmy to tak, konwencjonalne wartości nabyte wbrew naturalnym skłonnościom człowieka warto chuchać i dmuchać, albowiem i tak są kruche i bezbronne wobec warunków ekstremalnych. Państwo, religia, tradycja, kultura, nawet rodzina – szybko mogą stać się niczym wobec rzeczywistości mordu etnicznego, głodu, zarazy czy innych tego rodzaju nieszczęść.

      Skoro jednak tak rudno zrozumieć masowy obłęd i zdziczenie ludzi postawionych w sytuacjach bez wyjścia – to jak rozumieć jednostki, które w warunkach względnie normalnych postanawiają świadomie odrzucić wypracowane wielowiekowe konwenanse (mówię oczywiście o kulturze Zachodu) i dobrowolnie oddają się ciemnym, jaskiniowym atawizmom? Bez cienia wstydu, bez cienia refleksji, z ponurą determinacją pierwotnej, zwierzęcej wściekłości?

      Ciemnota, brak wiedzy i uprzedzenia, frustracja, lęk, osobiste niepowodzenia, prostactwo, a także pospolita głupota – wszystko po trochę. Aby człowiek pozwolił dominować w sobie instynktowi nad rozumem, musi mieć umysł słaby i kiepsko w wiedzę uposażony. By poszukiwał prostych i fałszywych przy tym przyczyn obrony własnego egotyzmu przed falą spotykających go niepowodzeń. By bronił się przed pierwotnym lękiem, którego nie może zastąpić żadną racjonalizacją, bo nie ma po temu umiejętności i wiedzy. By wytłumaczył sobie przyczyny, DLACZEGO WŁAŚCIWIE SIĘ BOI OBCEGO, musi znaleźć jakąkolwiek racjonalizację, iż ten obcy jest faktycznie gorszy i że faktycznie mu zagraża.

      I bęc – mamy rasizm. Odporny na perswazje i przykłady dziejowe – albowiem ufundowany na pierwotnych lękach i atawizmach u osób, które nie mają wobec tych lęków żadnej obrony. Ich konwencjonalna i kulturowa  sprawność jest pod tym względem po prostu za słaba.

      W tym sensie wydaje się, że w pewnych środowiskach rasizm jest nie do zlikwidowania, podobnie jak inne uprzedzenia – i jedyne, co powstrzymuje rasistów przed ciągła ekspresją rasizmu (oprócz rzecz jasna tych, którzy są na tyle prymitywni, ze ich nic nie powstrzymuje) – jest najniższa warstwa kulturowego konwenansu – czyli możliwe sankcje społeczne za nieakceptowane zachowania.

      W internecie, z racji anonimowości, takie sankcje są ograniczone – stąd i rasizm czuje się pewniej i stanowi mniejsze tabu społeczne.

      Ale nie to mnie tak u rasisty fascynuje, że sfrustrowany i wobec rzeczywistości bezradny – bo to dość oczywiste obserwacje. Bardziej mnie interesuje nagromadzenie paradoksów, jakie musi znieść jego potoczne rozumowanie. I to sobie chcę uporządkowac w cz. II :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Odrobinkę wstydliwa namiętność? - cz. I”
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      środa, 13 kwietnia 2011 19:17
  • niedziela, 03 kwietnia 2011
    • Co katolicy na Radio Maryja?

      "r.maszkowski

      2011/04/03 01:35:30

      Ciekawi mnie kwestia poruszona przez Simona: katolickie radio pełne nienawiści - co na to katolicy. Pewnie czasem mówią sporo, choćby w tym blogu, gdzie katolików pewnie jest sporo, tak jak w całym społeczeństwie. Pomijając codziennie zabieganie albo groźbę ostracyzmu ze strony współwyznawców - na ile można się sprzeciwiać nieprzyzwoitościom bazując na wartościach, takich zbiorowych, hierarchicznych, propagowanych przez to radio i cały KK. Czy źródła wartości tych ludzi, z którymi, mimo szczerych wysiłków, nie możemy się dogadać, nie są tak dalekie od naszych źródeł tych samych wartości, że właśnie dlatego jest to niemożliwe? Rzucam hipotezę, może ją rozwinę w swoim blogu, chociaż nie obiecuję."

      z blogu glosrydzyka.blox.pl

      Ja spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, choć zapewne moja odpowiedź będzie dość schematyczna i ogólnikowa. Nie mogę też aspirować do jakiegoś paranaukowego obiektywizmu – zresztą, badania socjologiczne na ten temat mogły by być ciekawe, ale ja ich nie mam.

      A tak zostaje tylko rejestracja wrażeń i moich podejrzeń, jak sprawa wygląda. Zapewne będzie to stanowisko upraszczające, siłą rzeczy, ale myślę, że warto podyskutować. Dlaczego właśnie tak jest, mianowicie, ze postendeckim propagandowym nieprawościom z kręgu PIS czy RM za bardzo się szersza opinia publiczna nie przeciwstawia, raczej „prześlizgując się nad nimi”, niż tak naprawdę reagując. Przy czym, mam wrażenie, ja mam nieco inną optykę, niż Pan Maszkowski – Jego pewnie bardziej interesuje kwestia reakcji w obrębie Kościoła Katolickiego, wiernych i hierarchii (sądząc z zadanego pytania) – ja bardziej interesuję się stykiem Kościoła i polityki.

      A co do samego pytania, widzę tu dwa problemy – by nie powiedzieć w duchu czasów minionych – zagadnienia:)

      Problem pierwszy: sami katolicy, katolicyzm i poziom dyskusji politycznej w Polsce. Kiedy zatem stwierdzamy, że zdecydowanej reakcji katolicyzmu na brewerie o. Rydzyka  w Polsce nie ma – to jest tak, moim zdaniem, z poniższych powodów (proszę o wybaczenie, iż niektóre wymienione kwestie zdadzą się niektórym zbyt oczywiste):

      1)      Obecne położenie KK w Polsce, na świecie i jego uwikłania historyczne, a także walka ideowa w samym Episkopacie.

      No, tu są rzeczy, moim zdaniem aż zbyt oczywiste – choć może to wskazywać na łatwiznę, kryjącą poznawcze mielizny. Ale mniej więcej wszyscy wiemy, że z instytucji chroniącej Polaków przed totalitarną opresją i obrońcy godności przed bezprawiem „realnego socjalizmu” – Kościół stał się nagle z dnia na dzień, tak jak i obywatele, podmiotem skazanym na znalezienie nowego miejsca w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, gdzie opresja zniknęła, zwiększył się poziom indywidualnej wolności i – ku zaskoczeniu konserwatystów – zwiększyła się także liczba podmiotów walcząca o rząd dusz. Siła rozpędu i tradycji starcza na dryfowanie – ale jakiż przyjąć plan w ciągle zmieniającej się i płynnej jak magma rzeczywistości? Tym bardziej, że jedno wielkie „koło ratunkowe” także się skończyło: mitygujący i potężny moralnie pontyfikat JPII.

      A to tylko jeden, specyficzny dla polskiego KK problem. A przecież nakłada sie na niego drugi, kto wie, czy nie poważniejszy – i bardziej działający zapewne zinstytucjonalizowanemu KK na wyobraźnię: ewolucja Kościoła w całej zachodniej cywilizacji. Problem szeroki, więc z konieczności tylko sygnalizuję: laicyzacja, kłopoty aksjologiczne związane z kwestiami społecznymi (rola kobiety, orientacje seksualne itd.), kłopoty aksjologiczne związane z postępami nauk (biotechnologie np); kwestia problemu zmierzenia sie z konsumpcjonizmem i bezmyślnością mas.

      KK zapewne wszędzie ma niełatwo, bo reformuje się na żywo i teraz – ale w Polsce ma, moim zdaniem, do rozwiązania daleko wiecej problemów, niż Kościoły na Zachodzie. Tym bardziej, że jeśli idzie o kwestie kulturowe, społeczne, reformacji – tam jest daleko bardziej „pozamiatane”, niż w silnie tradycjonalistycznym i skupionym na obrzędowości Kościele w Polsce.

      Nieco pewnie odzwierciedla to nieustający konflikt między, nazwijmy to tak, reformatorskimi i oświeconymi członkami Episkopatu – a ich przeciwnikami. I większość obserwatorów zdaje sobie sprawę tego pęknięcia, które biegnie już nie tylko między zwyłymi katolikami, ale w ramach samego Episkopatu. Każdy żuk i żaba wiedzą mniej więcej, z czym kojarzyć nazwisko Gocłowskiego, a z czym Michalika.

      Rydzyk w oczywisty sposób stara się te tarcia podsycać i wygrywać. Jak każdy piewca strachu i obawy – chce też podsycania lęku u tych, którzy boją się zachodnich „miazmatów” i zepsucia. Z tego punktu widzenia tradycjonaliści w Kościele są nie tyle może nawet zakładnikami Rydzyka, co strachu, na którym ten żeruje.

      2)      Związany z tym profil słuchaczy i popierających, ja wiem, że to duże uproszczenie, ale z osobistych doswiadczeń widze to tak:

      – większa część słuchaczy RM to nieświadomi manipulacji, jakim są poddawani, prości i łatwowierni ludzie. I w robieniu tej przeważającej większości słuchaczy RM wody z mózgu, to moim zdaniem główny grzech rydzykowego środowiska – i to wybaczać jest trudno albowiem zło uwodzi w ten sposób  poczciwość, która nie ma narzędzi, by się przed nim bronić. W dodatku zło ubiera się w szaty religii cnoty i miłosierdzia, co czyni te zabiegi jeszcze bardziej wstrętnymi i w gruncie rzeczy tak perwersyjnymi, ze aż fascynującymi.

      - druga, mniejsza grupa, to ludzie przestraszeni zmianą, jaka zaszła obok nich, a często wbrew nim -  w tym kraju i niemal we wszystkich aspektach życia codziennego. To w dodatku ludzie, których zmiana zastała zazwyczaj w już dość zaawansowanym wieku, z ustalonymi poglądami, z niechęcią do zmian; a w dodatku z miejsc, które rychło okazały się biedniejsze i upośledzone gospodarczo i społecznie wobec bardziej zmodernizowanych miejsc w kraju. Można zakładać, że umiejętnie wykorzystane lęki, przekute przez RM na proste ideologiczne fetysze – antysemickie czy zdrady narodowej przez klerków – to inwestycja Rydzyka nie tylko w stałych odbiorców, ale i ich nieustającą sympatię mimo kolejnych, piętrzących się niepowodzeń i absurdów związanych z RM. Strach spaja tych ludzi z guru bardziej może nawet, niż przekonania.

      – i wreszcie sami duchowni przestraszeni laicyzacją, utratą społecznego prestiżu i zarobków, straszeni i straszacy zgnizlizną i ohydztwami wolności

      Stąd żadnego protestu nie będzie, bo być nie może.

      3) Jest jeszcze obojętna reszta: ci, co mają cały problem głęboko albowiem daleko bardziej interesuje ich teraźniejszość i prowadzenie w miarę normalnego życia, wreszcie nieco wyzwolonego od wiecznego cięrpiętnictwa i ideologizacji. Czasem sam muszę przywoływać się do porządku, przeżywajac poleniczne uniesienia w blogosferze: tak naprawdę wystarczy przyjrzeć się nickom ludzi na forach politycznych i informacyjnych. Zważywszy na poziom nasycenia internetem Polski – te wciąż monotonnie powtarzające się nicki nieźle pokazują, że tak naprawdę polityka, o ile nie włazi w życie ludzi z butami, interesuje nas, jako ogół, mniej – niż się sądzi. Podobnie jest, jak mniemam, z religijnością i dawaniem moralnego świadectwa – być może olbrzymiej wiekszości ludzi, jadącej w swej religijności siłą inercji i przyzwyczajenia – po prostu sie nie chce reagować, ani w ogóle nawet tym zajmować;

      – ostatnia grupa, to ludzie o wystarczajacej sile przebicia, wykrystalizowanych poglądach, autorytecie, ale przede wszystkim ODWADZE CYWILNEJ, aby na sytuację reagować. Jak wskazuje potrzeba nagromadzenia tych cech – takich ludzi jest dramatycznie mało. A już szczególnie ze względu na potrzebę dużej dawki odwagi cywilnej.

      Żyjemy niestety w kraju, który – z przeróżnych względów – nie mógł zbyt otwarcie poradzić sobie z upiorami własnej historii – choć zgadzam się, ze nie jest to w większości wina samych Polaków, a raczej przemożnych okoliczności geopolitycznych, od Polaków niezależnych. Aliści żyjemy obecnie w kraju, w którym niezwykle trzeba uważać, stąpając po gruncie historii, by nie wdepnąć na misternie poukrywane miny i monstra z przeszłości.

      W sytuacji, gdy znajdą się ludzie bez skrupułów wykorzystujący te miny i monstra do skłócania całych grup społecznych ze sobą - dla władzy i paru kolejnych mandatów w sejmie – narażanie się w dyskusji publicznej jest obarczone dużym ryzykiem ostracyzmu i publicznego medialnego linczu. Cóż tu mówić o Wajdzie czy Bartoszewskim i o tym, jak ich bez skrupułów opluto: Małysz powiedział w dwóch zdaniach rzecz dość prostą i zgoła oczywistą – i rychło pokazano mu, gdzie jego miejsce i jakie metody rzadzą dzisiejszą debatą publiczną.

      Jednakowoż nie da się także powiedzieć, że za manifestowanie swoich poglądów albo prezentowanie odwagi cywilnej grozi coś więcej, niż 30 lat temu. Jest przecież odwrotnie.

      Zatem obojętność milczącej, zdroworozsadkowej większości i wygodnictwo elit, to chyba grzechy główne katolickiego zaniechania wobec postendecji, uosabianej na potrzeby tego watku przez środowisko Radia Maryja. Nie wiem, czy można to jakoś tłumaczyć, czy nie, czy można usprawiedliwiać i czy warto. Sam nie jestem bez winy, bo pyszczyć w internecie wszak jest łatwo.

      Stąd wdzięczny jestem za postawę Rafała Maszkowskiego: czy się z nim zgadza, czy nie – podejmuje On pewne działania, ma dawkę odwagi cywilnej i nie chowa się przed podjęciem jakichś kroków wobec tego, co uważa za niegodziwość.

      Problem drugi, poruszony w pytaniu Pana Maszkowskiego: o źródła wartości, różnice w systemach aksjologicznych i możliwość znalezienia wspólnej platformy porozumienia między, dajmy na to – ateistą a słuchaczem wiadomego radyja.

      Co do źródeł, nie mam większych problemów z katolicyzmem: o ile stara się opierać na naukach Chrystusa – nie powinien wchodzić w konflikt z etycznymi osiągnięciami, nazwijmy to tak, kultury Zachodu. Dla osób skupiających się na historycznych dziejach KK i innych Kościołów chrześcijaskich może to być stanowisko idealistyczne i fałszywe – niemniej ja bym go jednak bronił. Twierdzę albowiem, że kościoły chrześcijańskie wchodzą w konflikt z przyzwoitością i prawami jednostki tylko wtedy, gdy nakazy Ewangelii łamią – i nie ma znaczenia, że deklaratywnie występują ponoć w ich imieniu.

      Zdaję sobie sprawę z pułapki, która się tu kryje: przytomny obserwator zapyta, dlaczegóż to tak łatwo prześlizgnąć się można nad morzem nieprawości zawartym w historii zinstytucjonalizowanych religii? Czy to nie jest łatwy wybieg?

      Na to twierdzę, że jest łatwy, jeśli się na KK machnie ręką i powie: a niech biorą na siebie brzemię przeszłości, ja tu byłem przez pomyłkę, nie odpowiadam za to, wmanewrowano mnie (tu akurat paradoksalnie może być wiele racji), nie chcę mieć z tym nic wspólnego!

      Tym bardziej cenię sobie tych członków KK, którzy biorą na siebie odpowiedzialność i mają na tyle odwagi cywilnej, by do nieprawości odnosić się z otwartą przyłbicą – narażając się zresztą na nienawiść neopogańskiej konserwy.

      Pojawia sie też oczywista paralela z komunizmem: można całkiem zasadnie zapytać, czy aby nie jest toproblem podobny? Skoro założenia są i tu i tu teoretycznie szczytne; i skoro zakładają zmianę ludzkich charakterów – a zastosowanie ich w sposób zinstytucjonalizowany tak często rodzi tyle nieprawości i krzywdy – to paralela wydaje się być aż nadto oczywista – być może oba systemy ideowe domagają się odrzucenia dla kosztów społecznych?

      Na to z kolei odpowiadam tak, że paralela jest tylko pozorna. Owszem, parodystyczne zastosowanie zasad ideowych, zawartych tak w chrześcijaństwie, jak i w komunizmie, przez autorytarne mechanizmy społeczne i ludzi pozbawionych wyobraźni – kończy się podobnie; bo ostatecznie cóż za różnica, czy kto umiera w wojnie religijnej czy o emancypację klasy robotniczej – i w czyim więzieniu gnije? Krew ta sama.

      Jednakowoż oba te systemy różni jedna, fundamentalna różnica, zakodowana w samej idei, to, co stawia komunizm na pozycji straconej, a chrześcijaństwo czyni, bądź co bądź, etyczną podwaliną zachodniej cywilizacji.

      Ta różnica to coś, co określiłbym dobrowolnością. I komunizm i chrześcijaństwo, zakładają zmianę charakteru i mentalności człowieka – przeciwną w dużej mierze jego naturze i skłonnościom. Ale, podczas gdy komunizm wskazuje potrzebę zastosowania w tym celu nacisku i konieczność represji w ramach nieuniknionych pono procesów historycznych – chrześcijaństwo w imię nauk Chrystusa zakłada DOBROWOLNOŚĆ i wolną wolę przy zmianie swojej mentalności. W skrócie: komunizm ZMUSZA, chrześcijaństwo PERSWADUJE.

      I to jest moja odpowiedź na pytanie, dlaczego wniosek, iżby dla nieprawości odrzucić systemy moralne, mimo szczytnych założeń historycznie obciążone zbrodniami – jest inny gatunkowo w odniesieniu do komunizmu, a inny w odniesieniu do chrześcijaństwa.

      I stąd także taki wniosek w odniesieniu do chrześcijaństwa nie trapi mnie za bardzo. Stąd także doceniam ogrom reform, przez jakie przeszedł KK w XX wieku i sens dalszego reformowania. Dostrzegam także niebezpieczeństwa z oddaniem losów KK w ręce małej, ale agresywnej grupy ludzi zawistnych i nienawistnych, strącających ideę z powrotem w odmeęty ponurych, antychrześcijańskich praktyk.

      Stąd także, rzucane pół żartem „Katolicyzm tak, wypaczenia nie” mnie nie obrazi, dla fundamentalnej moim zdaniem różnicy, o której wspomniałem.

      Zatem tutaj odpowiedź brzmi: owszem, wspólna platforma porozumienia jest jak najbardziej możliwa, o ILE ŹRÓDŁA WSPÓLNEJ ETYKI USZANUJEMY. I, moim zdaniem, nie warto cedować potęgi wpływu zinstytucjonalizowanego KK na nurty małe, ale hałaśliwe, agresywne i obskuranckie.

      PS

      1)      Proponowanej przez P. Maszkowskiego wypowiedzi dr Środy nie czytałem – by się nie sugerować. Teraz zrobię to z przyjemnością:)

      2)      Ciekaw jestem równoległych rozważań na ten temat Pana Maszkowskiego na Jego blogu – które obiecał.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Co katolicy na Radio Maryja?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 kwietnia 2011 12:39
  • niedziela, 20 marca 2011
    • Trzy spojrzenia na Jarosława K.

      - A po co w ogóle na niego spoglądać? – zapyta byle obywatel byle kraju.

      Oj, nie wie ten obywatel, że w byle kraju to i byle czym politycy się zajmują. Emocje wobec nich mogą być letnie, bo i o co się tu kłócić – nie wybuduje drogi, z jakąś podejrzaną flamą się prześpi – co cztery lata wybory, jak za dziada i pradziada – i po co się tu przejmować, nerwy zjadać i od porannej kawy się odrywać?

      Nie wie, jeden z drugim, europejski wieśniak, że dzięki politykom i ich niezłomnej woli Słońce grzeje, kwilą ptaszki, obracają się planety, a w szczególności w ogóle istnieje i trwa wciąż zagrożony Byt Narodowy!

      Dziękuję Bogu za Zbawców Ojczyzny, trzymających tęże na muskularnych barkach, niczym Jaros.. tfu!, Atlas znaczy – Ziemię i nieboskłon.

      Aliści każdy ze śmiertelników nawet w bogach wnet znajdzie cechy antropomorficzne – nie wiedzieć, ku chwale swojej, czy ich – i także i ja, nieśmiele z klęczek strwożony wzrok wznosząc, zadaję pytania o bóstwo narodowe  J.K.:

      - Po pierwsze rozumiem męczeństwo. Wszyscyśmy istoty żywe, wystawione na drwiące igraszki losu. O, niech zgłosi się ktoś, kto zadowolony z obrotów fortuny! Jak forsy w bród, toś garbaty i z zanikiem mięśni; jakżeś atleta – to forsy brak; a jakeś atleta z forsą – to nagle bez potencji. A jeśliś atleta z forsą i potencją – to bez własnej winy trafiasz do kolumbijskiego więzienia z mordercami-macho na dożywocie albo zabija cię cegła spadająca z trzeciego piętra.

      Życie.

      Ale zapytuję: Jaka przemożna siła pcha nas do działania? Rozumiem walkę o byt wśród stworzeń na niższych szczebelkach stworzenia. Jakieś tam instynkty, w końcu – nadzieja, ta matka nierozsądnych, która powoduje, ze wygrywając w totka bezrozumnie zakładasz, że nie zginiesz nazajutrz pod kołami tira. Może jeszcze siła przyzwyczajenia, emocje, zobowiązania wobec innych.

      Ale co pcha Jaśnie Prezesa do rozpierduchy wszystkiego, z czym się zetknie, od tylu lat? Co pcha jego miłośników do stanów zachwytu i ekscytacji tym faktem? Jaki jest motyw, że facet tak dalece męczy siebie i szerokie otoczenie sobą i swoją chorobliwą nadaktywnością?

      Patrzę sobie na nieszczęsnego Jarosława ostatnio, po konferencji prasowej, zwołanej przezeń po debacie o OFE.

      Najpierw przygotowanie artyleryjskie przedpola w stylu PIS, którego i Lepper by się nie powstydził:  sławetny spot, w który wrzucono Tuska, Rostowskiego, Buzka i Balcerowicza do jednego wora. Fakt faktem – do prymitywizmu pisowskich spotów ponoć można się tak przyzwyczaić, jak ćmienia zębów. Na krótko.

      Niemniej żal mi się zrobiło faceta. Autentycznie i po chrześcijańsku (komisja majątkowa zaświadczy stosownym pismem); lata robią swoje – oczy już toną w kurzych łapkach, werwa nie ta, mlaskanie mniej dziarskie – i ogólnie dość smętne wrażenie.

      Jaka jest zatem siła, która nadal tego człowieka pcha do autokompromitacji, wciąż i wciąż? Po tylu klęskach, po tylu zawodach, w obliczu takiego, a nie innego życia osobistego i splotu nieszczęśliwych wypadków – po co mu to?

      Nawet przyjmując punkt widzenia pislamu: Tusk z Komorowskim zdradzają Polskę za gorące pocałunki Putina (bo z jakiegoż innego powodu?) – a Jarosław mógłby w tej sytuacji skinieniem palca wydelegować legion patriotów i Prawdziwych Polaków. Rydzyka, Ziobrę, Kempę, Błaszczaka – i nie chce, i bredzi i łapki się pogłębiają, i na klatę siedem przegranych z rzędu przyjmuje – ale nadal ma siły, by promować Macierewicza, sztuczną mgłę i sabat na Krakowskim Przedmieściu.

      Skąd ta siła? Ta nienawiść? Fenomenalnie żywotny człowiek. I czasem, gdy tak się nad nim, biednym, rozczulam – że tak przegrywa, ze tak mężnie znosi, że nadal odkrywa niezmordowanie spiski, że brata na Wawelu chowa, myślę sobie: jakże dobrze byłoby znaleźć źródło tej determinacji i ze wszystkich sił ją wesprzeć?

      Byłażby w wąsie – na boki lub kwadratowym? Ale przecie zgolił. Byłażby w numerowaniu ustroju państwowego? Ależ przecie zaprzestał. Byłażby w dążeniu do władzy i zemście?

      - Po drugie, aż spluwam za lewe ramię, proszę o wybaczenie i czołgam się pod drabiną.

      Dubieniecki.

      Ta chwila ciszy była dlatego, że odskoczyłem za róg i obserwowałem reakcję.

      No tak, tabloidyzacja życia, chamstwo, sprowadzanie wszystkiego do najniższego mianownika. Grzebanie się w osobistych i rodzinnych brudach. Ataki mediów. „Przemysł nienawiści”. Ohydne insynuacje. Znacie? Znacie.

      To posłuchajcie.

      Zrazu trafiły do mnie lamenty islamskich trolli na forach. Ależ kochani – dowodziły trolle – my, w naszej niezgłębionej i chrześcijańsko motywowanej waszym dobrem miłości bliźniego chcielibyśmy wam, zabłąkanym owieczkom, uświadomić, że nie należy obarczać ludzi odpowiedzialnością zbiorową. I cóż ma Dubieniecki do Kaczyńskiego, nasi mili bliźni?

      Daję słowo, niemal tak pisali. Słowa na „k” i „ch” (oraz „h” – nie wszędzie jeszcze lud posługuje się Słownikiem Poprawnej Polszczyzny) pominąłem.

      Wziąłem sobie ten apel do serca, albowiem sam pomstowałem nad wynajdowaniem przez posła Suskiego z PIS „genetycznych Polaków”, sam miałem za złe DJ Yaro zapodawanie setów o dziadkach z KPP, a Kurskiemu to nawet miałem za złe specjalizację w historycznym spojrzeniu na politykę kadrową Wehrmachtu.

      Zatem powiedziałem sobie: „O, nie warto być Kalim! Ja nim nie być, z każda siła!” Niechże będzie mądrzej  – uczmy się na błędach innych, bo na własnych może być za późno!

      I uwierzyłem, i posypałem głowę popiołem, i stwierdziłem: mój ci on, ten wawelski, a za nim jego żywa emanacja i spuścizna i wara od nich, bo nikt o miękkim sercu zięcia, bratanicy i pociotka sobie nie wybiera! I odpieprzcie się, odpieprzcie, od Prezydenta Tysiąclecia!!!

      Jednakże zaraz potem (jak to w pokrętnym i zdradzieckim umyśle młodego z miasta bywa) odniosłem niejakie wrażenie, że me patryjotyczne i obiektywistyczne uniesienia na nic. Albowiem Bliźniak Mniejszy ułaskawił kumpla od interesów swojego zięcia – w dodatku skazanego za przestępstwa pospolite.

      Kiedy DJ Yaro z wiadomą charyzmą twierdził, że Komorowskiego wybrano na prezydenta przywiślańskiego kraju (przypominam,  że Polską jest tylko, gdy rządzi Jarosław, a Macierewicz jest ministrem) przez pomyłkę i dezinformację – dzierżyłem, choć już wtedy każdy żuk i żaba w stawie wiedziały, że szczęśliwe stadko z plakatu wyborczego Lecha K., to córcia, rozwodnik w toku i nie jego dziecko, co się okazało przed sądem rychło po wykonaniu zadania.

      Kiedy Lech K. odznaczał Jaruzelskiego, walczył o samolot do Brukseli z rządem, niczym krakowska przekupa, by tam spóźnić się na najważniejsze spotkanie i nic nie załatwić, gdy rozchrzaniał w drebiezgi Trójkąt Weimarski pod pozorem – excuse le mot – sraczki, bo mu się artykuł w jakiejś tam Zeitung nie spodobał – dzierżyłem.

      Ale teraz pislam, ze wszystkimi swoimi rasistowskimi, genetycznymi i ideologicznymi urojeniami, obryzgując nieczystościami Geremka, Bartoszewskiego, Szymborską, Wałęsę, Wajdę i tylu innych – każe mi łaskawie zamknąć się na temat Dubienieckiego, bo to jeno zięć – choć jego wawelski antyukładowy teść ułaskawił mu kumpla kryminalistę.

      Komuś coś nie pasuje?

      To jest spojrzenie na Jarosława drugie. Nawet nie chodzi o to, jak się może tłumaczyć z Dubienieckiego. Szkoda, że dotyczy to człowieka, który na gadaniu o niewłaściwych powiązaniach rodzinnych i bredzeniu o układach ułożył sobie karierę i zbił polityczny majątek. Patrzta i podziwiajta! A jak się będzie tłumaczył (jeśli w ogóle)?

      To nie wiecie?

      Wiecie, wiecie, droczyłem się.

      Wrogie, sprzedajne media; Michnik, Olejnik i frontalny atak różowego eurożydostwa na niezbywalne wartości narodowe.

      Czyż nie?

      - I wreszcie spojrzenie trzecie. Każdy komentarz byłby tu świętokradztwem, a zatem w ciszy i spokoju:

      http://www.zwala.pl/lFNj-japonia-sraponia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Trzy spojrzenia na Jarosława K.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 marca 2011 01:28
    • Tak się knebluje demokrację!

      To się moi Państwo porobiło!

      Eurokomuniści i masoni kneblują zdrową tkankę Narodu i zmuszają do milczenia patriotyczny trzon tradycji i polskości!  A jakże to podłe, jakże przebiegłe – bo sięga po to, co najczystsze i najpiękniejsze!

      Rzekł bowiem poeta:

      „To co nas podzieliło – to się już nie sklei

      Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei

      Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu

      Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu!

      Dokąd idziecie? Z Polską co się będzie działo?

      O to nas teraz pyta to spalone ciało

      I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie

      Niech się Pan trzyma – Drogi Panie Jarosławie”

       

      Nie sklei się, moi drodzy – i głębia oraz celność tej konstatacji są niemal tak porażające, jak ustalenia komisji śledczych; i niemal tak raniące, jak polityka ministra spraw zagranicznych wobec Madame Fotygi. Dobrze jest, kiedy autorytety moralne jasno zakreślają granicę między zgnilizną, a zdrową tkanką, między wrogiem a przyjacielem, między obiektem wzgardy i eliminacji – a Prawdziwym Polakiem. Nie do poety należy wyciąganie konsekwencji, ach nie – On zbyt uskrzydlon myślą podniebną, On tylko idee, jako te perły przed kadry pisowskie rzuca – a wykonanie może i niedalekie. Ale poczekać musi. Na władzy przejęcie. I na zbrojne ramię Prawa i Sprawiedliwości.

      Bo gdy sylweta wroga dobrze zarysowana, to i strzelać doń łatwiej, bydlaka – przyznacie? A niech ma za „przemysł pogardy”!

      Co poniektóry zżyma się na „złodziei”. Ale nie wie tenże, brutal i cham jaskiniowy, że to środek literacki i metaforyczne ujęcie. Dosłowność metafory razi? To  może jeszcze środki wyrazu będziemy poetom cenzurować, choć Rymkiewicz wielkim poetą jest? A wszak wiadomo, ze jak się nie sklei, to odciąć należy.

      Jeśliś nie barbarzyńca, nie zgodzić się nie możesz.

       

      I rzecze poeta jeszcze:

      „Polacy, stając przy nim, mówią, że chcą pozostać Polakami. [o krzyżu – swoją drogą, jakoś pusto dziś wokół niego, prawdziwi patryjoci jakieś inne zajęcia znaleźli, czy kie licho?)] To właśnie budzi teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść - na przykład w redaktorach "Gazety Wyborczej", którzy pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami.”
      Poeta powiedział, że redaktorzy "GW" są "duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski".

       

      I na to znalazło się iluś tam nieokrzesanych barbarzyńców, co poecie na Olimpie zawracają d… , kołysaną weną, niczym obłoczkiem wysublimowanej wielkości, tam, gdzie przemyśliwa o jak najefektywniejszym wieszaniu zdrajców Narodowej Sprawy. A gdy już Tytan Poezji zstąpi na padół obmierzłej codzienności i w chamstwo powszechne wnidzie, nagle odkrywa ze zdumieniem, że go za świętą, przebiałą szatę poetyczną szarpią i w nimb nade łysą czaszką kamulcami rzucają, bydlaki jedne.

      Do sądu, no do sądu poszli.

      I zaraz też rozległy się wszędy oburzone, a świętym ogniem posłannictwa przejęte głosy Prawdziwych patriotów, Wildsteina, Ziemkiewicza i co znamienitszych weteranów walki z komuną, kiedy to już bezpieczne. Zagrzmiały surmy, zatarabaniły tarabany, zagorzały lica. To jakże to tak: człek prawy rzecze oczywistości, a te glisty, które winny z pokorą krytykę przyjąć, do jakiegoś sądu się odwołują? Cenzurę wprowadzać na wolną myśl i wielkiego ducha!?

      Już mniejsza, że wszyscy putinowskie sprzedawczyki, komuniści po KPP i dziadku jeden w drugiego i złodzieje, jak się patrzy. To miast schować się z tą złodziejską komunistyczną sromotą w ciemnym kącie – śmieją wyleźć ze swych ciemnych kosmopolityczno komunistycznych leży i prawego Polaka do sądu podawać?!

      I otóż cenzura, i otóż zamach na wolność słowa; i otóż brak kultury!

      Inna sprawa, że wysłuchiwali cierpliwie: że ministrowie  Niepodległej III RP jeden w drugiego to sowieccy agenci, że wszyscy, co nie z Jarosławem Bonaparte II – to ZOMO, że mali ludzie z małych podwórek, ze putinowskie podnóżki. Ot brali na siebie, jak to plebs i hołota – to się i  człowiek przyzwyczaił – a tu nagle o oczywistą oczywistość nagle się zdrajcy i złodzieje chcą sądzić? Toż to sromota i ohyda w biały dzień! I to jeszcze z kim – z poetą, co na froncie walki o zdrowie Narodu nie ustaje!

      Przebąkuje jakimś tam z drugim redaktorzyna, ze obrażony się czuje, bo go tak Poeta nazwał. A przecie Poeta w chwili wolej od obcowania z Muzą wysublimował to, co jakże słusznie wódz i zbawca mówi wprost: kto ma rodzinnie lub rasowo obciążone geny, ten spsowan i nigdy już Prawdziwym Polakiem zostać nie może – trudno i darmo, KPP zawsze z niego wylezie. I słusznie oraz naukowo mówi pislamska myśl: gdzie wychowanie przez komunistycznych antenatów, tam nie masz ratunku; a już szczególnie, gdy genetycznie jakiś tam semityzm się wkradnie.

      Bo czyż nie jest tak, że wychowany patriotycznie, w polskiej i tradycyjnej rodzinie; zaangażowany w sprawy polskości i walkę z jej złodziejami Jacek Kurski – to widomy przykład kindersztuby i patriotyzmu  (mimo małych kłopotów z prawdomównością i wyroków sądowych za to – wszak idea zawsze wymaga zastosowania maksymy „cel uświęca środki” – inaczej to klub dyskusyjny, a nie idea dla twardych facetów).

      I czyż nie jest tak, ze wychowany w kosmopolitycznej, zgniłej, po KPP rodzince podejrzanej konduity Jarosław Kurski, zastępca naczelnego GW – to przykład złego wychowania? Ot, macie jak na talerzu, ze nie od rzeczy prawił poseł Suski o genetycznym patriotyzmie.

      I tan Kurski, podlec jeden, spadkobierca KPP i złodziej polskości ma czelność do sądu iść i muzy za nogawki szarpać? Jakieś pretensje do licentia poetica ma?

      (Są co prawda głupie żarty w Internecie, że jeden z Kaczyńskich to żyd. Ale to poniżej godności prawdziwego poety, brać takie głupie teksty do siebie.)

      Widzicie zatem naocznie, jakże daleko posunęła się bezczelność sprzedawczyków w tym biednym przywiślańskim kraju, który jeno wtedy niepodległy, gdy Jarosław premierem, a Macierewicz ministrem (taka patriotyczna sztuczka).

      Ale ja biorę stronę Rymkiewicza, Wildsteina i Ziemkiewicza. Mają rację. Wolność i niepodległość. A wolność słowa przede wszystkim. Niech język giętki wyraża to, co – jakże czasem niespodziewanie – pomyśli głowa. Mają chłopaki rację. Dość już obłudy i hipokryzji.

      W imię wodza zatem – zrzućmy kajdany politycznej poprawności i nie zważajmy na konwenanse – a piszmy poetycko i jakże emocjonalnie, co nam na duszy leży. I niechże ci, o których piszemy – nie idą  z tym do sądu, bo pokazują tylko tym swą małość – blokując swobodną ekspresję i wolność opinii.

      Zatem, niechże Rymkiewicz, spadkobierca NSDAP, Ziemkiewicz pedofil wyżywający się wyłącznie na wnuczkach Wasilewskiej i Wildstein agent KGBgwałcący staruszki - nie pozywają mnie za te słowa – albowiem zakneblują wolność dyskusji i zabiorą mi prawo do swobodnej ekspresji.

       

      PS: Nie jest też tak, że zdrowe i patriotyczne siły całkiem tak w kozi róg zapędzone i bezsilnie przyglądają się kolejnym rozbiorom substancji narodowej między Merkel a mPutina. Co to, to nie. Rymkiewicz wezwał młodzież i zdrową tkankę do stawienia się w sądzie. Stawili się, a jakże.

      Dziwi to kogoś, że polski sąd, jako polska instytucja, wykazał się zwyczajową w takiej sprawie inercją i brakiem wyobraźni? Do sali na dziesięć osób próbowało wtargnąć dziesięć razy tyle, a czujni i pobudzeni patriotycznie obywatele niemal zadeptali adwokata GW i przestraszyli Panią Sędzię do tego stopnia, że odłożyła rozprawę.

      Bierz granaty, racja musi być po naszej stronie.

      I niech się te poKPPowskie śmieci uczą demokracji, bo jak nie, to za nami kupa młodzieży w beretach stoi. I żaden sąd im nie pomoże, a, przyjdzie czas i okoliczność, to może i Rymkiewicz jakieś smaczne wieszanko opisze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tak się knebluje demokrację!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      simon.01
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 marca 2011 00:09